Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

„Serce tak bardzo ściśnięte”. Ostatnia rosyjska ofensywa I wojny światowej

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
ze zbiorów Bogdana Nowaka
Pierwsza wojna światowa zostawiła na Zamojszczyźnie trwałe, bolesne blizny. W 1914 i 1915 r. przez ten region przetoczyły się potężne ofensywy: austriackie i rosyjska. Po obu stronach zginęły tysiące żołnierzy, a całe wsie zrównano z ziemią. W 1916 r. wydawało się, że wojna zmiecie wszystko, co jeszcze pozostało…

„Od 1 czerwca słyszymy pomruki armat, Rosjanie atakują na całej linii, żyjemy w niepokoju, czekając na wiadomości od Fredzia (chodzi o Alfreda Sapiehę, żołnierza w armii asutro-węgierskiej), który znajduje się w rejonie ataku (...). Można się spodziewać odwrotu naszej armii (chodzi o armię austro-węgierską – przyp. red.) z powodu kanonady armatniej i grupowania jeńców wojennych dla przetransportowania ich na tyły (...)” – pisała w czerwcu 1916 r. Matylda z Windisch-Greatzów Sapieżyna (te zapiski powstały w miejscowości Siedliska gm. Lubycza Król.). „Wszędzie rozprzestrzenia się panika, odwrót pociągów wojskowych, zwycięska ofensywa rosyjska (wojsk Brusiłowa) na Bukowinie i w południowej Galicji wywołuje lęk przed nową inwazją”.

Nieciekawa przyszłość

Gen. Aleksiej Brusiłow był arystokratą i urodzonym kawalerzystą. Rwał się do boju z Niemcami i Austro-Węgrami, którzy na początku 1916 r. dominowali na froncie wschodnim I wojny światowej. W kwietniu Brusiłowa mianowano dowódcą (w miejsce gen. Mikołaja Iwanowa) rosyjskiego Frontu Południowo-Zachodniego.

Brusiłow starannie szkolił tysiące swoich żołnierzy (byli skupieni w czterech tzw. polowych armiach) oraz skrupulatnie wykonywał pracę sztabową. Jak się okazało, planował szeroką ofensywę, która mogłaby dać szansę rosyjskim wojskom na przełamanie wojsk nieprzyjacielskich (głównie austro-węgierskich) w kilku miejscach. Te przygotowania prowadzone były w tajemnicy.

Początek ofensywy wyznaczono na 4 czerwca 1916 r. Austriaccy żołnierze nie spodziewali się ataku wojsk Brusiłowa. Byli zaskoczeni, gdy ich 4 armia nagle znalazła się pod huraganowym ogniem rosyjskiego ognia. Zaatakowani żołnierze musieli skryć się do głębokich ziemianek. Rosyjskim wojakom w tej sytuacji pozostało tylko otoczyć okopy i ich zgładzić, bądź wziąć do niewoli. Chętnie poddawali się zwłaszcza żołnierze pochodzenia słowiańskiego, którym nie bardzo zależało na sukcesach armii austro-węgierskiej.

Następnie Rosjanie wkroczyli na tyły 4 armii, która liczyła w tym czasie 110 tys. żołnierzy. To wywołało chaos. W tej sytuacji austriacka 7 Armia (stacjonowała w sąsiedztwie) zaczęła się wycofywać na południe. Część oddziałów poszła w rozsypkę, a pułki czeskie i ukraińskie... poddały się w całości. Rosjanie w ten sposób wyszarpali ponad 32-kilometrową wyrwę linii frontu. To był początek, bo już po kilku dniach Austriacy zaczęli się cofać na całej linii frontu, która liczyła wówczas 400 km.!

Florence Farmborough miała wówczas 27 lat. Była Angielką, ale służyła jako pielęgniarka w armii rosyjskiej. Na początku ofensywy opiekowała się rannymi w Buczaczu. Była zadowolona, bo widziała „rzesze” jeńców wojennych (wcześniej zdarzało się to rzadko). Mogła też oglądać zdobyte przez Rosjan okopy. Nie tylko. Zobaczyła też żołnierzy siedzących przy masowych grobach, którzy przebierali w stosach pasów, butów z cholewami i różnych sprzętów należących do zabitych z obu armii.

Do jej szpitala polowego ciągle trafiali nowi żołnierze. Jak pisała, jeden z nich „dostał” w lewe ramię. Był bardzo młody. Florence wyciągnęła kulę z jego rany (tylna część pocisku wystawała z rany). Ranny jednak cały czas się skarżył: „Siostrzyczko, boli!”. Potem innego pielęgniarka chciała innego, rannego żołnierza umyć. Ten jednak na nie pozwolił.

„Siostrzyczko – powiedział z lekkim uśmiechem. Nie trzeba zmywać brudu! Nie wybieram się już z żadną wizytą. Najpierw myślałam, że sobie żartuje i już miałam na języku żartobliwą ripostę” – pisała w swoich wspomnieniach Florence. „Wtedy zobaczyłam, że ma głęboką ranę na głowie i zrozumiałam, co miał na myśli”.

Dokładnie w tym czasie Matylda z Windisch-Greatzów Sapieżyna otrzymała złowieszczy telegram. Napisano w nim: „Porucznik Sapieha (chodzi o jej syna Fryderyka – przyp. red.) został uznany za zaginionego koło Sapanowa 5 czerwca o 4-tej po południu, prawdopodobnie został wzięty do niewoli”. Dla rodziny był to wielki wstrząs.

„Serce jest tak bardzo ściśnięte, tak pełne łez, przeróżnych uczuć, wyrzutów, które sobie robię, że nie zatrzymałam go tu, jak był w sanatorium, mogłam zrobić różne kroki, starać się załatwić przeniesienie na tyły” – czytamy w zapiskach pani Matyldy. „Bałam się dla niego atmosfery panującej na postojach, towarzystwa Etappenschweine (było to pogardliwe określenie dla maruderów – przyp. red.). Tak często bardziej myślałam o korzyściach płynących z wojny, o jego karierze wojskowej i moich względem niego ambicjach, niż o ogromnych niebezpieczeństwach, na które był narażony! (...). I myślę o tym co musiał przejść, upokorzenie bycia w niewoli, być może z jakimiś tchórzami!”.

Straty po obu stronach były duże, ale Rosjanie byli wniebowzięci. 7 czerwca zajęli Łuck, a 18 czerwca – m.in. Czerniowce.

„Ofensywa rosyjska trwa, zatrzymują się z jednej strony, by ruszyć z innej, jednak zbliża się do nas, Brody i Stanisławów ewakuowane. I chociaż Rosjanie nie potrafią szybko wykorzystać swoich sukcesów, przyszłość przedstawia się bardzo nieciekawie (...)” – pisała pani Matylda. A w innym miejscu notowała: „W tym okresie mówiło się dużo o możliwości ponownego zajęcia Lwowa przez Moskali i jak postąpić w tym przypadku, czy opuścić Siedliska czy pozostać na miejscu?”.

Bezowocne, masowe szturmy

Na front wschodni znowu musiały wkroczyć zdyscyplinowane niemieckie oddziały (był to rodzaj policzka dla sojuszniczych Austriaków). Pod koniec lipca w okolice Karpat przerzucono m.in. cztery ich dywizje z Francji oraz sześć innych z tzw. rezerw.

Gen. Brusiłow nie stracił jednak animuszu. 1 sierpnia 1916 r. znowu jego oddziały ruszyły do ataku. Udało im się rozgromić resztki austro-węgierskiej 1 Armii i 20 września dotrzeć aż w okolice Karpat. Jednak ofensywa straciła impet. Także dlatego, że wojska niemieckie zaatakowały Rosjan na Wołyniu, na południe od Kowla. Szala zwycięstwa znowu przechyliła się na stronę Niemiec…

„Brakuje słów i liczb, by opisać rozmiary i straty tej rosyjskiej ofensywy” – czytamy w relacji zamieszczonej przez H. Stegemanna w piśmie „Bund”. „Lecz ponieważ Rosjanom, inaczej niż w czerwcu, nie udało się już zalać wojskiem pozycji nieprzyjaciela i wprawić go w ruch do tyłu, przeciwnik natomiast był w stanie prowadzić działania operacyjne lub stawić opór, owe masowe szturmy nie tylko pozostają bezowocne, ale są też ogromnie niekorzystne bezpośrednio dla atakujących. Żadna armia, nawet rosyjska nie zniesie (...) wielomiesięcznego ofensywnego wysiłku”.

W sumie w wyniku rosyjskiej ofensywy gen Brusiłowa wojska austriackie stopniały o 1,5 mln żołnierzy! (zostało ich tylko 700 tys.). Jednak straty rosyjskie także były olbrzymie. Ocenia się, że Rosjanie mogli w tej operacji stracić nawet 1 mln żołnierzy. Po obu stronach potężne były też straty w sprzęcie. Zmieniały się też realia polityczne.

„Przyśpieszył bieg wydarzeń (...): 5 listopada (1916 r.) państwa centralne ogłosiły Królestwo Polskie – co nie zadowoliło nikogo, pomimo możliwości, które się dzięki temu otwierały dla Polaków w dziedzinie edukacji publicznej, w sądownictwie, administracji itd.” – pisała Matylda z Windisch-Greatzów Sapieżyna.

Wywołało to na Polakach niewielkie wrażenie. „Brakowało temu gestowi szerszego spojrzenia, szczerości i dobrej woli: wyczuwało się przeciągania pomiędzy mocarstwami, z których jedno – Niemcy – mało się przejmowało przeszłością Polaków – skwitowała pani Matylda.

W końcu Niemcy i Austro-Węgry przegrały wojnę (w Rosji natomiast władzę przejęli komuniści). W 1918 r. na gruzach starego ładu powstało państwo polskie. Nie wszystkie rany mogły się jednak zagoić...

Mamuniu, ja niedługo umrę

W 1918 r. Matylda Sapieżyna wybrała się wraz z rodziną w okolice Krzemieńca i Sapanowa. Poszukiwała syna, który nie wrócił z wojny.

„Skoro tylko w te okolice były uwolnione od Moskali, pragnęliśmy się udać na miejsce, aby czynić poszukiwania za grobem lub jakimikolwiek śladami Fredzia. Wybraliśmy się pierwszy raz w kwietniu 1918 roku z Kalikstem Ponińskim samochodem do Lwowa. Poniński nas zaprowadził na te puste pola naprzeciw Krzemieńca, gdzie pozostałe rowy, wały, doły, kupy kredowych gruzów i kamieni oznaczały teren ówczesnej bitwy (...). Nic nie wskazywało nigdzie na groby (...)” – pisała pani Matylda. „Po tej pierwszej wycieczce do Sapanowa (...) różne wieści o Fredziu nas dochodziły. W gazecie rosyjskiej (...) ukazała się notatka o bohaterskiej śmierci kniazia Sapiehy. Wprawdzie szczegóły wywołały wrażenie, że są zmyślone (...) lecz rzekomy świadek naoczny, niejaki kapitan Komarów, znajdował się wówczas w obozie jeńców pod Krakowem”.

Sapiehowie uzyskali pozwolenie na odwiedziny tego człowieka. Nic one jednak nie wniosły do poszukiwań. „W roku 1926, późną jesienią, wybraliśmy się ponownie w te strony (chodzi o Sapanów – przyp. red.). Bezpośredni powód był następujący: niejaki wieśniak z okolic Sapanowa, dowiedziawszy się przez żandarmerię o naszych poszukiwaniach, opowiadał, że gdy wrócił po bitwach do swojej wsi, widział na podwórzu swojej chałupy leżącego, rannego oficera austriackiego” – czytamy we wspomnieniach pani Matyldy. „Generał rosyjski, przechodząc tamtędy, zainteresował się papierami młodego rannego i odchodząc rzekł na boku do stojących: uważajcie na niego, bo on jest z wielkiej familii”.

Ranny po kilku godzinach zmarł. „Pochowano go na tym podwórzu między dwoma innymi poległymi żołnierzami” – pisała pani Matylda. „Przed zgonem miał jeszcze powiedzieć do jednej babiny, która się chciała dobierać do jego ubrania: poczekajcie Mamuniu, ja już niedługo umrę”.

Rozkopano mogiłę w której miał leżeć ów młody, austriacki żołnierz. „Znaleziono szczątki, tzn. zupełnie zeschnięte i luźne kości i czaszkę, bez żadnego strzępka munduru lub innego znaku, prócz medaliku Matki Boskiej z napisem niemieckim... Czaszka i uzębienie mogły odpowiadać Fredzinym (...). Asystowaliśmy przy tej żałobnej i bolesnej czynności w milczeniu i z dziwnymi uczuciami, nie można sobie było uprzytomnić, że te biedne szczątki to wszystko, co po naszym kochanym, pełnym życia chłopcu pozostało!

Zbito z desek skrzynię i złożono w niej wykopane kości. Zabrano je do Krzemieńca. Tam, na miejscowym cmentarzu odbył się pogrzeb. „Paweł (Sapieha, mąż pani Matyldy – przyp. red.) zamówił wielki krzyż kamienny w Krzemieńcu z napisem po polsku i po rusku, który stanął na rozstajnych drogach, na polach sapanowskich, w pobliżu miejsca gdzie Fredzio zginął. Drugi wielki krucyfiks z trembowelskiego kamienia postawiliśmy nad grobem przy kościele. Rzeźba ta wypadła masywnie” – pisała pani Matylda. „Pawłowi chodziło o to, by ten krzyż przetrwał różne możliwości w tych stronach”.

od 7 lat
Wideo

Jak głosujemy w II turze wyborów samorządowych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na zamosc.naszemiasto.pl Nasze Miasto