Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Przeciwko wszetecznikom i hultajom. XVII-wieczny, kryminalny Zamość na podstawie zapisków Bazylego Rudomicza

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
Opasany solidnymi, nowoczesnymi fortyfikacjami Zamość mógł się wydawać w XVII wieku prawdziwą oazą spokoju. Jednak tak nie było. Bo ludzkich emocji nie da się tak łatwo okiełznać... W Zamościu zdarzały się brutalne zabójstwa, gwałty, kradzieże i rozboje. Pisał o nich w swoim niezwykłym diariuszu Bazyli Rudomicz. To trochę zapomniane w Zamościu dzieło powstało w latach 1656 – 1672.

Bazyli Rudomicz (ur. ok. 1620 r.) był profesorem i przez wiele lat rektorem sławnej Akademii Zamojskiej oraz m.in. lekarzem i prawnikiem. Piastował także wiele ważnych funkcji publicznych w Zamościu (był m.in. rajcą, burmistrzem i wójtem). W swoim „Efemerosie, czyli diariuszu prywatnym” pisał o wielu sprawach, które go wówczas zajmowały. Dotyczy to także zamojskich zdarzeń kryminalnych.

Pytki i spytki

Życie wszetecznika (czyli bezwstydnika, grzesznika i rozpustnika) nie było w Zamościu łatwe. Zanim taki złoczyńca trafił przed sąd często przechodził męczarnie z ręki kata. Działo się tak wtedy, gdy pojawiały się „znaki wskazujące występek”. Do wydobycia odpowiednich zeznań używano zatem m.in. kleszczy, obręczy, łańcuchów, a potem przeróżnych, precyzyjnych machin. Torturowanych szczegółowo wypytywano o zarzucane im przestępstwa. Były to tzw. spytki czy pytki.

Schwytanych zakuwano też w dyby lub np. przytwierdzano łańcuchami do ścian. Nie tylko. Pod katowską opieką był także miejski pręgierz zwany też piłatem, pręgą czy hańbiącą kolumną. W Zamościu stał on przed ratuszem (widać go na tzw. bukowińskim obrazie z 1660 r.). Na początku był to ceglany, czworokątny słup. Potem wybudowano bardziej okazałą „konstrukcję”. Była to murowana kolumna o wysokości ponad 7 m. Tutaj także trafiali miejscowi złoczyńcy. Kat (po ogłoszeniu wyroku) wykonywał tam publiczne wyroki śmierci lub chłostał skazanych. Wiele takich wydarzeń opisał Rudomicz.

„Ścięty został pewien szlachcic za najazd na drugiego szlachcica” – czytamy w zapiskach Bazylego Rudomicza pod datą 2 września 1659 r. A 19 listopada zanotował: „Teodor Zarebkowicz został skazany na śmierć przez ścięcie za zabicie syna pana Bielankowicza wójta zamojskiego. Dzięki jednak mojemu wstawiennictwu został uwolniony od hańbiącego rodzaju śmierci, w zamian za co, zgodnie z prawem został skazany na kary cywilne”.

Trzy dni później (22 listopada) doszło do innego wydarzenia. „Adriasz Telnimety, Węgier został przywiązany do słupa kaźni i ukarany chłostą za kradzież ponad 2000 zł, które schował w różnych miejscach, już to na polach, już to w fundamencie piwnicy swojej stancji. Do swego czynu nie chciał się przyznać w czasie tortur. Dopiero ze strachu przed przypalaniem gorącym żelazem, po chłostach przy słupie, przyznał się. Po otrzymaniu 50 plag został wypędzony na 10 mil od miasta”.

26 stycznia 1660 r. Kozak będący na służbie u Konstantego Wyhowskiego uciekł, zabierając ze sobą konie. „Schwytany, został skazany na śmierć przez powieszenie, jednak tę karę zamieniono na chłostę i więzienie, za wstawiennictwem wielu znakomitych osób” – notował Rudomicz. „Już drugi raz, jak mówią, uniknął on śmierci będąc w ręku kata.

Dwa dni później został w Zamościu schwytany pewien emisariusz moskiewski, którego uznano za szpiega. Ten także musiał spotkać się z zamojskim katem. „Pochodzi on z Białorusi. Badany odpowiedział dobrowolnie bez tortur, że pod Brześciem Moskwa ma 5000 żołnierzy, pod Grodnem 2000, w Bychawie 3000” – pisał Rudomicz 28 stycznia 1660 r. „Co do innych miejsc podawał kłamliwe liczby, więc został odesłany na tortury”.

Nie tylko pod wpływem pijaństwa

Pod koniec czerwca 1660 r. mieszkańcy Zamościa gorąco rozprawiali o pewnej sprawie natury obyczajowej. O niej także pisał Bazyli Rudomicz:

„Wyjechałem z panem notariuszem i panem Paprockim do j. ośw. Patrona (Jana „Sobiepana” Zamoyskiego) do Zwierzyńca, aby omówić sprawę zgwałcenia Reginy, żony czapnika Marcina przez Saint Germana (vel s. Mera), Francuza będącego na służbie u j. ośw. (Marii Kazimiery Zamoyskiej), a także w sprawie innych jego przestępstw dokonywanych pod wpływem pijaństwa. Tam razem z dworzanami byliśmy częstowani trunkami” – czytamy w zapiskach Rudomicza z 30 czerwca 1660 r.

Tym razem obyło się bez poważnych konsekwencji dla obcokrajowca. Dlaczego? „Wiel. o. Grabiecki (dominikanin) prowadził ze mną pertraktacje w imieniu j. ośw. Patrona w sprawie załagodzenia tego ekscesu bez rozgłosu prawa tj. bez sądu” – notował Rudomicz 3 lipca 1660 r. „W imieniu j. wiel. Patronów (Zamoyskich) rotmistrz Szornel przeprosił magistrat z powodu obelgi ze strony Saint Mera, a następnie razem z nim polubownie załatwił sprawy co do wszystkich krzywd”.

6 sierpnia 1660 r. zmarło niemowlę, które tego dnia zostało podrzucone do zamojskiego magistratu przez nieznaną kobietę. Rudomicz zanotował, że przed śmiercią dziecko zostało warunkowo ochrzczone. Nadano mu imię Andrzej.

„Pewien zastępca rotmistrza piechoty j. ośw. Zamoyskiego został ukarany śmiercią przez ścięcie z powodu zamordowania Komorowskiego” – pisał Rudomicz w połowie sierpnia 1660 r. „Zaś dowódca oddziału Żukowiec, wspólnik zbrodni, który przechowywał zwłoki zabitego, otrzymał karę śmierci, zamienioną na grzywnę w wysokości 50 zł, które będą wykorzystane na pokrycie kosztów podniesienia dzwonu na wieżę. Tyleż ma dać na szpital. Przez rok i 6 tygodni będzie zakuty w kajdany, choć wolny od przebywania w więzieniu”.

Zabójcy i świętokradcy

„Przed tygodniem odbył się pogrzeb Kalińskiego, organisty j. ośw. (Zamoyskiego). Został on zabity w kłótni przez niejakiego Złotnickiego i to we własnym pokoju, niemal w obecności j. ośw., z powodu szalonej zazdrości o pewną damę dworu” – odnotował Bazyli Rudomicz 13 września 1660 r. „Dzięki wstawiennictwu ojca (Tomasza) Grabieckiego, dominikanina, zabójca zapłacił 300 zł grzywny i nie wiem, jaką otrzymał pokutę odpowiednią do tak wielkiej zbrodni. Niegodziwość ta została okryta milczeniem, chociaż tuż po zadaniu śmiertelnej rany j. ośw. o mało nie zastrzelił Złotnickiego z powodu popełnionej zbrodni”.

Sześć dni po opisaniu tej sprawy Rudomicz dokumentował inne, kryminalne wypadki. „Stanisław Grabowicz zadał ubiegłej nocy ciężkie rany Tomaszowi Zawaczyńskiemu i Florianowi Siemianowiczowi. Woźny miejski ogłosił jego i wspólników jako przestępców poszukiwanych, ponieważ trudno ich było schwytać (...)” – pisał Rudomicz 19 października 1660 r. „Z dnia na dzień mnożą się zbrodnie, albowiem dzisiejszej nocy został zupełnie spalony folwark z całym spichlerzem na przedmieściu, należący do pana burmistrza Kreczkiewicza i do Kaplińskiego, który jest podejrzany o podpalenie. Ja zaś przypuszczam, że uczyniła to zbrodnicza kobieta zwolniona z aresztu razem z wójciną (chodzi o Katarzynę Bielenkowiczową). Była ona nieco wcześniej zamknięta przez burmistrza jako podejrzana o podanie trucizny. Albo czy nie mogła to być żona zmarłego niedawno stróża nocnego, który najpierw został pobity przez niejakiego Robaka, a następnie na skutek niefortunnego oskarżenia przez Gordana został schwytany przez sługę miejskiego z rozkazu burmistrza i po kilku dniach zmarł”.

Rabunek dóbr kościelnych uznawano za jedną z największych zbrodni. Takich czynów także w Państwie Zamojskim (tak Rudomicz nazywał czasami Zamość i Ordynację Zamojską) nie brakowało. Jednak decydowali się na to chyba tylko prawdziwi desperaci.

„Po udowodnieniu świętokradztwa skazaliśmy Grzegorza Radkowicza na karę śmierci przez spalenie” – pisał pan Bazyli 14 maja 1661 r. „Jednak ze względu na lżejszą śmierć poleciliśmy go najpierw ściąć, a to w oparciu o poprzedni wyrok sądzonego za świętokradztwo pewnego mieszkańca Wielączy, o czym szerzej w aktach sądowych”.

Do świętokradztwa doszło także 30 sierpnia 1661 r. „Kościół ormiański (w Zamościu) został dzisiaj okradziony przez złodziei, którzy popełnili tę zbrodnię prawdopodobnie w nadziei, że Żydzi kupią od nich skradzione srebro, złoto i perły” – pisał Bazyli Rudomicz. A następnego dnia notował: „Wczoraj pod wieczór przedmieszczanin (mieszkaniec przedmieść) nazwiskiem Wereszczak radląc rolę swoją znalazł srebro skradzione w kościele ormiańskim, na końcu pola, przy drodze, w oznaczonym miejscu, owinięte w płótno, które zostało rozdarte lemieszem. W nocy pozostawiona straż schwytała Żyda Lejbę i jednego chrześcijanina. Na podstawie ich zeznań pojmano jeszcze jednego Żyda i żonę pewnego chrześcijanina, nocujących pod lasem. Wszystkich zamknięto w areszcie”.

Oskarżeni stanęli przed sądem już 1 września 1661 r.

Zamojskie tortury

„Po zakończeniu zwykłych spraw rozpoczęliśmy postępowanie karne banicyjne w sądzie wójtowskim w związku z wyżej wymienionym świętokradztwem” – pisał tego dnia pan Bazyli. „Oskarżeni byli pojedynczo badani i zapytywani o ich stan, zajęcia, o czas przebywania w Zamościu, skąd przybyli. Plątają się w zeznaniach! Po ich wtrąceniu do aresztu schwytano trzeciego Żyda rzeźnika zamojskiego. Rzeźnik (o nazwisku Wulf) przyznał się, że kupił od jakiegoś Żyda srebrną miednicę, którą przechowywał w odpadach zabitych zwierząt. On także jest zatrzymany na zamku w areszcie” – pisał Rudomicz 1 i 2 września 1661 r. „Świętokradcy zostali przebadani osobno i przez konfrontację. Zeznania ich co do wszystkich szczegółów są rozważane jak najbardziej zgodnie z zasadami postępowania sądowego. W ich wypowiedziach jest wiele niezgodności”.

W tej sytuacji oskarżyciele wnioskowali, aby badanych poddano torturom. „Podobno oskarżony Żyd rzeźnik, gdy usłyszał, że obraz N. Marii Panny został ograbiony, wypowiedział takie bluźniercze słowa: dlaczego więc Dziewica nie zażądała straży, aby te przedmioty nie zostały skradzione? Zobaczymy więc, czy to jego powiedzenie ujdzie bezkarnie, chociaż co do innych zarzutów jest on niewinny” – czytamy w zapiskach Rudomicza z dnia 3 września 1661 r.

Sytuacja zaczęła się jednak komplikować. 5 września jeden z oskarżonych Żydów wyłamał kraty zamojskiego więzienia i uciekł. Wszczęto poszukiwania. Przetrząśnięto cały Zamość i go w końcu złapano... Torturowani Żydzi nie przyznali się jednak do winy. Ich pobratymcy robili co mogli, aby uwolnić więźniów. Zapewne ich delegacja była u ordynata. Na pewno odwiedzili także Rudomicza, który dostał najpierw 12 zł (jak pisał, w różnych dniach: była to łapówka), a potem jeszcze 9 zł. W efekcie rzeźnik Wulf – na polecenie Jana „Sobiepana” Zamoyskiego został z więzienia wypuszczony.

20 września Rudomicz pisał: „Wyznaczyłem na dziś termin przewodu sądowego żydowskiej sprawy kryminalnej, jednak z powodu choroby Wulfa nie mógł się on odbyć”. Natomiast dwa dni później czytamy w zapiskach pana Bazylego: „Zakończono polubownie sprawę Ormian z Żydami oskarżonymi o świętokradztwo, gdyż nie było jasnych dowodów zbrodni, ani przyznania się do winy na torturach. Uwolnieni Żydzi załagodzili Ormian. Pewien katolik i jego żona zamieszani w tę sprawę zostali bez tortur uwolnieni, ale nie bez słownego upomnienia. Wieczorem więc poczęstunek ze starszymi Ormian (...). Żydzi dali mi 60 zł za pracę w czasie przewodu sądowego”.

Zbrodnia w staromiejskiej kamienicy

„Straszna zbrodnia została wczoraj popełniona w kamienicy pani Abrekowej. Zamordowano tam zacną matronę Inesową i jej kucharkę” – czytamy w zapiskach Bazylego Rudomicza z dnia 29 października 1662 r. „Nieznana dotąd przyczyna ich śmierci niepokoiła mieszkańców, iż stało się to na skutek zarazy, gdyż obie w jednym czasie przestały żyć”.

To jednak nie choroba była winna ich śmierci. 30 października pan Bazyli dokonał oględzin zwłok obu kobiet. Stwierdził, że matrona została „okrutnie zamordowana” siekierą. Natomiast jej kucharkę uduszono. Podejrzenie dokonania tej makabrycznej zbrodni padło na pewnego stróża, który przez osiem ostatnich lat pilnował sklepu należącego do Jakuba Berniego z Zamościa. Stróż miał na imię Wojciech. Został aresztowany.

„Podejrzenie stróża Wojciecha o zbrodnię nie było bezpodstawne, albowiem tuż przed moim wyjazdem do Lwowa, przyznał się wobec mnie w więzieniu, że dopuścił się tego przestępstwa w sobotę, w południe, dla niewielkiego łupu domowych przedmiotów” – pisał Rudomicz w swoim diariuszu 31 października 1662 r. „Powiedział następnie z płaczem, że z powodu ogromnego strachu nie zdawał sobie sprawy z tego, że popełnia tak wielką zbrodnię i z jakiej przyczyny to robi. Miał tylko świadomość, że kusi go szatan, którego oskarżał o głównego sprawcę zbrodni itd.”.

Co się stało dalej z okrutnym stróżem? Możemy się domyślić. Wiadomo natomiast (z całą pewnością) jaki był los pewnego kucharza Jana „Sobiepana” Zamoyskiego. Wyrok na niego być może był efektem kulinarnego sporu. W końcu staropolska i francuska kuchnia, w tamtych czasach, to były dwa, bardzo odległe światy…

„Ścięty został kucharz J. Oświeconego (Jana „Sobiepana” Zamoyskiego) z oskarżenia i uporu Francuzów. W obronie własnej zabił on Francuza, kucharza dworskiego” – notował zamojski kronikarz 20 kwietnia 1663 r. Nie bardzo to chyba zmartwiło Bazylego Rudomicza. Bo już w następnym zdaniu napisał bez większych emocji: „Po kilku dniach deszczowych pokazało się niebo pogodniejsze”.

Sztylet rzezimieszka

Życie toczyło się dalej. A spraw kryminalnych w Zamościu nigdy nie brakowało. W drugiej połowie października 1663 r. Bazyli Rudomicz pisał: „Pan Chalipski, pasierb malarza naszej Akademii (Zamojskiej) został uwięziony z powodu podejrzenia, że on i Dranicki w nocy pobili pewnego piekarza. Tenże piekarz zmarł z powodu silnego uderzenia w głowę. Parobcy pana Piwo są także podejrzani o to, że spowodowali jego śmierć (...). Przeprowadziłem rewizję wszystkich domów na przedmieściach przy pomocy dziesiętników i służb miejskich z powodu notorycznych złodziei mieszkających tamże (...). Z włóczęgów złapano jednego rzezimieszka, któremu zabrano czapkę, nóż i sztylet, a jego towarzyszom około 15 groszy. Napomniano go, aby tutaj dłużej nie przebywał, następnie wydalono go poza obręb miasta”.

13 stycznia 1664 r. Bazyli Rudomicz odnotował, że złapano furmana, który zabił pewnego staruszka (parał się on handlem szkłem), a 11 czerwca 1664 r. – o skazaniu i powieszeniu trzech złodziei, którzy kradli w Zamościu przez osiem lat („wyrządzili wielkie szkody różnym mieszkańcom”). Okazało się, że skradzionymi rzeczami handlował pewien Żyd ze Szczebrzeszyna (ich amatorami byli podobno inni Żydzi).

W styczniu 1665 r. Rudomicz pisał o wydaniu wyroku w sporze „panów Nowaków” (zamierzchłość tego popularnego nazwiska musi ucieszyć licznych mieszkańców Zamościa i Zamojszczyzny, którzy je noszą. W tej liczbie jest także autor tej książki) z obywatelami halickimi. Jakie było rozstrzygnięcie?

„Za 50 bel pekłaku (grube sukno) leśniowskiego dobrego w cenie po 40 zł za belę, co daje 2000 zł, poleciliśmy zapłacić 1000 zł w gotówce, z tym jednak, by złoty aureus (chodzi o monetę wykonaną z tego kruszcu) równał się 7 florenom”.
Nie wszystkie spory dało się jednak załagodzić, gdy w grę wchodziły wyjątkowo silne emocje. A mogły się one wyzwolić np. podczas... tańca.

Podłe indywiduum!

„Żołnierz nazwiskiem Godinus dopuścił się strasznej zbrodni z powodu płochej drobnostki, a mianowicie tańca” – notował pan Bazyli 16 lutego 1665 r. „Uderzając obuchem siekiery zabił on sługę pana Chyżowskiego, zaś studenta nowicjusza niebezpiecznie skaleczył. Kiedy z tej samej okazji staruszek pan Piwo odezwał się do niego, został postrzelony w nogę. To wszystko działo się prawie o godzinie czwartej w nocy. W tym czasie byłam na poczęstunku u pana Dobraszowskiego”.

Zapewne żołnierza Godinusa spotkała zasłużona kara z ręki kata. O tym jak wyglądały wyroki, które egzekwowano na zamojskim Rynku Wielkim dowiadujemy się z notatek pana Bazylego z dnia 23 października 1665 r. Opisywał on wyrok na pewnego przedmieszczanina o nazwisku Jugowicz. Był on podobno złodziejem. Pod takim zarzutem został w Zamościu stracony.

„Przed śmiercią odwołał to, co dawniej podczas tortur powiedział na jm. Konstantego Wychowskiego, jak również to, że jego żona i krewniak i Kuszewicz są zamieszani w jego przestępstwa” – pisał Bazyli Rudomicz. „Oskarżał ich przedtem ze złości, gdyż z ich namowy nie starał się wydostać z pułapki po zerwaniu przez siebie łańcucha i wyłamaniu kilku drzwi w podziemnym więzieniu. Miał zamiar powtórnie uciec z aresztu, ale był osłabiony podwójnymi torturami. Z tej racji podejrzewano go o to, że jest winny zarzucanych mu przestępstw. Na rynku tuż przed śmiercią spowiednik o Zawaczyński dodawał mu otuchy, aby miał nadzieję, że przez miłosierdzie Boże osiągnie życie wieczne. On zaś odpowiedział: Wątpię w to. Wtedy bardziej pocieszany i proszony przez wszystkich obecnych, aby nie wątpił, podobno nic na to nie odpowiedział”.

W styczniu 1666 r. doszło do kolejnej zbrodni, która poruszyła poczciwych, zamojskich mieszczan. Dopuścił się jej niejaki Sienkiewicz, sługa jednego z dworzan. Zabił on, jak zapewniał Rudomicz „zupełnie niewinnego i bezbronnego hajduka (z oddziału roweńskiego), który w bieliźnie wyszedł na dwór”. Zaraz po tym morderstwie zabójca został schwytany. Wtrącono go do więzienia. 15 stycznia napastnik został o świcie ścięty. Tego dnia odbył się pogrzeb dwóch osób: zabójcy i ofiary. 31 grudnia 1666 r. doszło w Zamościu do wypadku, który nie mniej poruszył pana Bazylego. Tak o tym tego dnia pisał:

„Żyd Irszko, skądinąd dobry człowiek, sprzedawał proch strzelniczy jakiemuś podłemu indywiduum, który (...) rzucił ogień do prochu, na skutek czego Irszko został ciężko ranny, szczególnie w okolicy twarzy. Nas zaś, przebywających wtedy w domu przeraził bardzo gęsty dym i ogromny huk podobny do pioruna. Sądziliśmy, że runęło sklepienie kamienicy, co niech oddali miłosierny Bóg, jak zawsze oddala”.

W lipcu 1668 r. pan Bazyli pisał o zwłokach sługi niejakiego pana Białokurowicza, które przywieziono do Zamościa. Ten człowiek został „okrutnie zamordowany”. O morderstwo oskarżono pana zabitego służącego.

Chłopiec niemal zabity

Nie wiadomo jak zakończyła się sprawa. Bo sądowe wyroki w Zamościu nie zawsze były przewidywalne. „Ratowskiego i Kamińskiego winnych gwałtu skazano za moją zgodą i na moje żądanie na pół roku więzienia bez chłosty i kajdan” – pisał pan Bazyli 15 września 1668 r. „Natomiast szl. Pana Ferentego (chodzi o Franciszka Ferencjusza) uwolniliśmy całkowicie od kary, ale jutro będzie musiał krzyżem leżeć w kościele franciszkańskim w czasie mszy św.”.

„Z powodu wczorajszego nieumiarkowanego picia gorzałki cierpiałem dziś przed południem na bóle głowy i żołądka, dlatego leżałem w łóżku” – pisał natomiast pan Bazyli 2 marca 1669 r. „Po obiedzie jednak wstałem wezwany przez j.w. księżnę (chodzi o Gryzeldę Konstancję Wiśniowiecką), aby sądzić sprawę zabójstwa popełnionego w Turobinie przez niejakiego Pawła. Ten niecny człowiek zabił drugiego za to, że został nazwany oszustem. W zabójstwie pomogła mu własna żona, która zbiegła”.

Niektóre sprawy wymagały wielkiej delikatności i znajomości życia. „Byłem zajęty w sądzie zamkowym. Wśród różnych spraw roztrząsaliśmy skargę o uwiedzenie przez pewnego mieszkańca wsi Sulmicze siostry jego bratowej” – pisał Bazyli Rudomicz 5 czerwca 1669 r. „Sprawę tę przekazaliśmy sądowi duchownemu, aby rozstrzygnął, czy winnego należy zmusić do małżeństwa z tą dziewczyną i czy to jest godziwe? Winny dał nam poręczenie, że będzie posłuszny tak sądowi duchownemu, jak i naszemu dla poprawy własnego życia”.

Co na to wszystko uwiedziona dziewczyna? Pan Bazyli o tym nie napisał. O wielu innych sprawach także wspominał jedynie zdawkowo.

„Słyszałem, że do urzędu przyniesiono chłopca 5-letniego niemal zabitego przez Żydów” – pisał pan Bazyli 16 października 1669 r. „Słyszałem o karygodnej samowoli ks. Wielkowicza (miał na imię Michał) i o karze śmierci dla Kuczborskiej, jej ojca i macochy przez ścięcie” – zanotował także 10 grudnia tego roku. A 9 stycznia 1671 r. Rudomicz pisał: „Pan Kinast z racji przestępstwa, a mianowicie najścia w kościele tomaszowskim i zranienia rajcy Jana Kubicza został skazany na 5 dni karceru, na grzywnę i przeproszenie strony przeciwnej za swą bezczelność”.

Nie wiedzą co czynią

Każdy złoczyńca musiał liczyć się w dawnej Rzeczpospolitej z możliwością otrzymania surowego wyroku. Karze śmierci nie podlegały tylko dzieci do lat siedmiu, ludzie starzy, którzy nigdy nie popadli w konflikt z prawem i ciężarne kobiety. Mogli jej uniknąć także szaleńcy, którzy „nie wiedzą co czynią” oraz ludzie, którzy popełnili przestępstwa tuż po przebudzeniu, bo „który się porywa ze snu, podobny szalonemu albo wielce pijanemu”.

Śmiercią karano zwykle matkobójców, ojcobójców i dzieciobójców, w tym matki, które zabiły swoje dzieci tuż po urodzeniu (jednak wyjątkiem mogło być zabicie noworodka-potworka „na kształt jakiej bestyi”). Taka kobieta mogła być utopiona lub „według obyczaju na żywo (...) zakopana a palem przebita”.

Już w XVI w. łagodniej niż dotychczas karano cudzołóstwo (wcześniej przyłapanych na tym uczynku morzono głodem lub karano więzieniem, a tzw. kobiety publiczne bito przy pręgierzach). Nie było natomiast litości dla osób, które dopuściły się sodomii i pederastii. Tak to w prawodawstwie sformułowano:

„Gdzieby kto takowy nalezion był, żeby abo z bydlęciem, abo chłop z chłopem przeciw przyrodzeniu (chodzi o naturę) sprawę miał, takowi mają być na gardle skarani, a według obyczaja ogniem mają być spaleni, bez wszelakiego zmiłowania i łaski, ponieważ to haniebny i sromotny grzech”.

Jak odbywały się egzekucje? Prostacy kładli swoje głowy na wiązkach słomy. Kat pozbawiał ich życia za pomocą topora. Szlachetnie urodzonych ścinał natomiast mieczem. Tego typu egzekucja nie była publiczna. Odbywała się zwykle w nocy, w miejscu zamkniętym. Skazańców pochodzących ze szlachty ścinano zwykle w pozycji klęczącej lub wiązano w dogodnej dla kata pozycji, np. na krześle. Działo się tak wówczas, gdy spodziewano się oporu ze strony skazanego nieszczęśnika. Wszystkie te czynności były wykonywane przez katów oraz ich pomocników (pisaliśmy o tym obszernie jakiś czas temu).

Niestety niewiele o katach wiadomo. Tak było także w Zamościu. Nieoceniony Bazyli Rudomicz wspomina o przedstawicielach tej profesji zaledwie kilka razy.

„Gdy kobieta pozbędzie się wstydu, wówczas godzi się na każdą niegodziwość” – pisał Rudomicz 10 lipca 1662 r. „Dowodem tego jest pewna kobieta, która wczoraj poślubiła kata nie dbając o swoje pochodzenie z rodziny kupców lubelskich, ani nie pomna na to, że jej pierwszy mąż był nieostatnim kupcem. Nie zważa także na swą zacną siostrę, ani syna itp.”.

Z jednego z wpisów dowiadujemy się jak miał na imię jeden z zamojskich katów. „Zło zarazy rozszerza się, albowiem wczoraj w drodze do folwarku widziałem Michała kata, a dziś już nie żyje” – notował ze zdziwieniem pan Bazyli 19 września 1662 r.

od 7 lat
Wideo

Tadeusz Płużański - Dlaczego warto pielęgnować pamięć o wyklętych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na zamosc.naszemiasto.pl Nasze Miasto