Każdy dzień zbliża nas do wolności. Wspomnienia więźniarek obozu koncentracyjnego na Majdanku

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
Obóz na Majdanku. Zdjęcie wykonano w czerwcu 1944 r.
Obóz na Majdanku. Zdjęcie wykonano w czerwcu 1944 r. archiwum
Udostępnij:
Była żywą legendą. Podtrzymywała inne więźniarki na duchu, organizowała też obozową samopomoc. Matylda Woliniewska została zapamiętana jako jedna z najważniejszych i… najjaśniejszych postaci więzionych w niemieckim obozie koncentracyjnym na lubelskim Majdanku. Kobiet, które zachowały wspaniałą postawę było jednak znacznie więcej. Wspomnienia wielu z nich są wstrząsające.

- Dzięki Matyldzie Woliniewskiej w obozie zorganizowano samorząd więźniarski, w którym objęła sekcję samopomocy i kultury – mówi Agnieszka Kowalczyk-Nowak z Państwowego Muzeum na Majdanku. - Tworzone były także tzw. rodzinki. W nich starsze, bardziej doświadczone więźniarki wspierały osoby mniej doświadczone, słabsze, potrzebujące pomocy. Były to naprawdę piękne postawy. Pani Matylda zainicjowała także utworzenie „Radia Majdanek”, w którym bez mikrofonów i wież przekaźnikowych więźniarki wspierały się wzajemnie.

Taka samopomoc była nieoceniona.

Wszystkie dzieci stracono

„Na Majdanek transportowano nas z Warszawy w stłoczonych wagonach bydlęcych, przy bardzo silnym mrozie (...)” – czytamy w relacji Matyldy Woliniewskiej spisanej w 1967 r. „Drzwi do wagonów były zaryglowane, a ponadto jeszcze zabite deskami. Po przybyciu na Majdanek rzucił mi się od razu w oczy duży prymityw, który przejawiał się między innymi tym, że nie było zupełnie łóżek, ani żadnych urządzeń kanalizacyjnych, ani absolutnie żadnych urządzeń sanitarnych”.

Matylda Woliniewska urodziła się w 1912 roku w Biłgoraju. Szkołę średnią, a także kurs przysposobienia kobiet do obrony kraju ukończyła w Lublinie. Wiadomo, że przed wrześniem 1939 roku przybyła do Warszawy, gdzie pracowała m.in. jako instruktorka oświatowa w Centralnej Organizacji Kół Gospodyń Wiejskich. Na początku 1940 r. wstąpiła do Polskiej Partii Socjalistycznej. Była konspiracyjną łączniczką, kolportowała prasę podziemną, a potem – już w Armii Krajowej: instruktorką wyszkolenia wojskowego.

Gestapo aresztowało ją 9 listopada 1942 r. w warszawskim mieszkaniu przy ul. Czerwonego Krzyża. Przeszła potem gehennę. Była więziona na Pawiaku, a w styczniu 1943 r. została przewieziona na Majdanek. Tam otrzymała numer 4718.

„Spałyśmy w barakach, na gołych deskach. Dopiero po pewnym czasie otrzymałyśmy prycze, koce, sienniki i miski” – pisała o pierwszych dniach pobytu w tym obozie Matylda Woliniewska.

Nie tylko warunki sanitarne były zatrważające. Wiele więźniarek już na wstępie swojego pobytu doznało szoku. Bo zetknęły się z okrucieństwem obozowych oprawców. Potem życie w tym ponurym obozie także było wyjątkowo trudne.

"Zaraz po przybyciu na Majdanek (9 listopada 1942 r.) odbyła się na polu obozowym segregacja. Ustawiono oddzielnie ludzi starszych, młodych i dzieci" – wspominała Julia Celińska (jej relacja znajduje się w archiwum Yad Vashem). "Trzy spośród znajdujących się na placu kobiet nie chciało oddać swoich dzieci. Jedną z nich była żoną mojego obecnego męża – Cukierman Fela, która nie chciała puścić rączki czteroletniego chłopca, drugą była Bromberg Dora, która nie chciała się rozstać z sześcioletnim chłopcem". 

Z relacji wynika, że swojego dziecka nie oddała także żona pewnego kuśnierza. "Wszystkie wyżej wspomniane kobiety usunięte zostały na bok, pobite do krwi na oczach wszystkich i na śmierć zmasakrowane" – wspominała Julia Celińska. "Ich dzieci, które im siłą wyrwano, podzieliły los wszystkich innych (...). Nazajutrz rano jakaś esesmanka wskazała nam grupę dzieci, otoczonych psami i esesmanami i powiedziała, ażebyśmy dobrze przyglądały się dzieciom, które idą do przedszkola. Wszystkie te dzieci stracono tego ranka". 

Poczucie władzy

Obóz koncentracyjny KL Lublin na Majdanku powstał z inicjatywy Heinricha Himmlera, hitlerowskiego dostojnika, szefa SS i gestapo. Przez pierwszy rok jego funkcjonowania więziono w nim niemal wyłącznie mężczyzn. Dopiero w połowie lipca 1942 r. powstał projekt utworzenia także obozu dla kobiet (Frauen Konzentrationslager: FKL). Realizację tego zamierzenia powierzono Odilo Globocnikowi, dowódcy SS i policji w dystrykcie lubelskim.

Szybko się z niego wywiązał. Obóz dla kobiet powstał na terenie istniejącego obozu koncentracyjnego na Majdanku (na tzw. polu V). Kolejny taki obóz założono po sąsiedzku: na terenie Zakładów Odzieżowych SS w Lublinie (powstały w odległości ok. pół kilometra od granic Majdanka: na terenie dawnego lotniska).

Więźniarki trafiły do FKL 1 października 1942 r. Kobiety, które mianowano ich dozorczyniami sprowadzono natomiast głównie z obozu koncentracyjnego w Ravensbrűck (w Brandenburgii). Niektóre z nich miały już "kilkuletni staż pracy" w służbie pomocniczej SS, inne odbyły wcześniej trzymiesięczne przeszkolenie.

Pierwsza, 6-osobowa grupa strażniczek przybyła na Majdanek 7 października 1942 r. Na główną nadzorczynię (obóz kobiecy, stał się wówczas samodzielnym "oddziałem") wyznaczono Else Ehrich. To ona decydowała o rozmieszczeniu więźniarek w barakach, kierowała je do poszczególnych prac lub łaźni oraz ustalała tzw. porządek służbowy dla nadzorczyń. Szybko zdobyła ponurą sławę. 

„Obchodzenie się załogi esemańskiej z więźniarkami było nadzwyczaj brutalne, Na każdym kroku bito, kopano, używano pejcza, kijów itp.” - czytamy w relacji Matyldy Woliniewskiej. „Z nazwisk pamiętam naszą Aufseherin Ehrich i drugą, nazywaną przez nas Krwawą Brygidą, Danz, strażniczkę o nazwisku Orłowski”.

Postacie obozowych oprawców (kobiet, ale także mężczyzn) zapamiętały także inne więźniarki. Elsa Ehrich odnosiła się wobec nich z nienawiścią i pogardą. To ona zwykle wybierała starsze kobiety i dzieci, które potem trafiały do komór gazowych. Nigdy nie okazała nikomu litości, a swoje pierwsze doświadczenia zdobywała... w jednej z niemieckich rzeźni, w której przed wojną pracowała. ,

W 1940 roku rozpoczęła "pracę" strażniczki w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück (zgłosiła się tam jako ochotnik), a dwa lata później przeniesiono ją do obozu na Majdanku. Ta kobieta była obecna przy wszystkich egzekucjach i selekcjach do komór gazowych. Zginęły tam dziesiątki tysięcy osób.
 
W obozie na Majdanku ponurą sławę zdobyła także Hermina Braunsteiner zwana "Kobyłą z Majdanka" lub "Tratującą klaczą" (była m.in. kierowniczką obozowej kancelarii, zastępczynią Ehrich). Na Majdanku ujawniły się jej sadystyczne skłonności. Ubrana w ciężkie buty zakatowała, skopała i zadeptała wiele więźniarek (stąd jej przydomek).

Do największych, obozowych sadystek zaliczana była także "Krwawa Brygida", czyli Hildegard Martha Lächert, która dozorczynią została w wieku 21 lat. Ona też budziła prawdziwą grozę wśród więźniów: najpierw w Ravensbrück, potem na Majdanku oraz w Auschwitz-Birkenau. Z okrucieństwa słynęły też inne strażniczki, m.in. Marthe Ulbricht (miała pseudonim "Ny – ny"), Luize Danz, Alice Orlowsky, Charlote Weber (zwana "Mrówką") czy Anna Meinel. 

Coś je łączyło. Prawie wszystkie były niewykształcone. Wybierały zwykle pracę w obozach koncentracyjnych, bo zapewniała im ona – w ich mniemaniu - awans i była dobrze płatna (tak to przynajmniej potem tłumaczyły). Charakter takiego zatrudnienia miał często dla nich znaczenie drugoplanowe. 

Wszystkie nadzorczynie w obozie kobiecym na Majdanku były młode (w wieku 25-38 lat). Nosiły szare uniformy, które składały się jak to określono ze spódnicy-spodni (spódnico-spodni), bluzy oraz furażerki z niemieckim orłem. Miały też czarne peleryny oraz broń i pejcze.  „Szczególnie noszenie munduru i broni dawało kobietom poczucie władzy (...)” zauważyła Elissa Mailänder w swoim tekście opisującym nadzorczynie z Majdanka.

Liczbę ofiar tych okrutnych kobiet-bestii trudno oszacować. Zachowanie strażniczek było przerażające, ale czasami także dosyć zaskakujące.

Żeby pomścić!

"Skierowane zostałyśmy do pracy grupami. Wyprowadzono nas na pole, gdzie leżały już posegregowane góry różnych rzeczy, odebranych Żydom, którzy sprowadzeni zostali do obozu" – wspominała Julia Celińska. "Były to góry kołder, poduszek, kaloszy, lasek, tałesów (chodzi o prostokątne chusty, które Żydzi nakładali na głowę podczas modlitwy – przyp. red.), ubrań, gumowych flaszek i jeszcze góry wielu innych rzeczy (...). Do nas, a więc do grupy kobiet, w której się znalazłam, należało pakowanie wyżej wymienionych rzeczy w paczki (...). Kobiety, które nie robiły określonej normy zawsze były ukarane". 

Zdarzało się, że niektóre ubrania więźniów były... używane przez butnych strażników i strażniczki. "Sama widziałam, jak jedna z esesmanek, wychodząca na miasto miała na sobie moją zieloną, wełnianą sukienkę, w której przyjechałam z Pawiaka" – wspominała w 1964 r. Aleksandra Imach, była więźniarka FKL. „Sukienka ta, oddana do depozytu, była wpisana do grubej księgi majątku obozowego”.

"Bardzo przykrą sprawą było pójście do łaźni" – wspominała inna więźniarka. "Wychodziło się rano i trwało to do godz. 14. W łaźni było zimno, musiałyśmy się rozbierać, a byli tam Niemcy – mężczyźni. Po jako takim umyciu się pod zimnym prysznicem, musiałyśmy wchodzić do betonowego basenu z jakimś płynem i zanurzyć się z głową. Gdy jedna dziewczyna nie chciała tego zrobić, dwaj Niemcy z załogi obozowej o mało jej nie utopili w tym basenie".    

Często przyglądały się takim "kąpielom" także esesmanki, które także poniżały i dręczyły obnażone kobiety. Irena Taracha z Lublina zapamiętała, że więźniarki na tzw. polu V nadzorowane były przez Niemki. "Przypominam sobie tylko jedną z nich: była nieduża, tęgawa, lecz nie wiem jak się nazywała" – wspominała. "Dostałam od niej kilka razy pejczem za to, że trzymałam ręce w kieszeni. Był to listopad lub grudzień, było bardzo zimno, więc ręce chowało się gdzie tylko można było". 

Irena Taracha zapamiętała także inne wydarzenie z udziałem niemieckiej nadzorczyni. "Wśród więźniarek były kobiety, które paliły papierosy. W tym czasie w pobliżu V pola budowano krematorium. Jedna z więźniarek Zofia Zborowska, zbliżyła się do robotników i od nich otrzymała kilka papierosów" – czytamy w jej relacji. "Zauważyła to Niemka – nadzorczyni, zabrała Zborowską gdzieś, ale nie wiem dokąd. Po pewnym czasie Zborowska wróciła, lecz była tak zbita, że miała całe ciało sine. Na apelu nie mogła stać. Zabrano ją do rewiru. Stamtąd już nie powróciła". 

Regina Pinczewska (przywieziono ją na Majdanek z warszawskiego getta) widziała także inne "wyczyny" niemieckich strażniczek. "Pewnego razu, gdy wygonili nas z baraku na apel ujrzałyśmy Żydówkę na ziemi. Brygida (jedna z nadzorczyń) i jeszcze jedna esesmanka biły ją po tyłku. Miała ona dostać 50 uderzeń pejczem" – czytamy w tej relacji. "Psy niemieckie wielkie jak wilki specjalnie wychowane do gryzienia i kąsania ludzi pogryzły wówczas tę kobietę. Gdy przestała już krzyczeć, oblali ją wodą, ale ona się więcej nie ruszała. A my musiałyśmy na to patrzeć, a ta cywilna Lagerälteste (tzw. starsza obozu) ostrzegała nas, że za najmniejsze wykroczenie taki sam los nas spotka. Polki opowiadały, że ta kobieta dostała skądś kawałek białej bułki, którą znaleźli po rewizji przy bramie, za ten kawałek bułki zadręczyli młodą kobietę na śmierć".

 
Pani Regina zapamiętała także pewien straszny, obozowy apel. Zostały na nim ustawione obok siebie więźniarki różnych narodowości. Wtedy pojawiła się przed nimi owa Lagerälteste i oświadczyła w kilku językach, że zaraz zostanie powieszona młoda Żydówka, którą przyłapano na próbie ucieczki. 

"Gdy brama się otworzyła, widziałyśmy, że wchodzi na nasz teren dziewczyna z butami w ręku, a gdy weszła na szafot, esesman, zanim nałożył jej stryczek na szyję, zapytał czy chce coś powiedzieć. Wtedy ona bez namysłu opluła mu twarz, a on powstrzymał się, żeby jej nie zabić i prędko narzucił jej stryczek" – czytamy we wspomnieniach pani Reginy. "Zanim kopniakiem odrzucił to na czym ona stała, zdążyła jeszcze krzyknąć: Żeby pomścić! Niech żyje Polska! i Amm Izrael Chaj! tzn. Naród Żydowski niech żyje! Ta dziewczyna wisiała do następnego dnia, aż stryczek się urwał". 

Upokarzane, bite i głodzone więźniarki próbowały jednak, mimo wszystko przetrwać. Jak ujęła to Matylda Woliniewska, chodziło także o to, żeby ustrzec się od „zezwierzęcenia”.

Pamiętajmy, że jutro będzie lepiej

„Postanowiłyśmy zorganizować życie kulturalne w obozie, oczywiście na tyle, jak to było możliwe, a także zorganizować samopomoc – pisała pani Matylda. „My, więźniarki wybrałyśmy poszczególne komisje, których zadaniem było organizowanie ładu społecznego. Powstała więc Komisja Sanitarna, kierowana przez Hannę Protasowicką. Komisja ta została potem zamieniona w tzw. Kolumnę Sanitarną. (Powstał też) Sąd Koleżeński, z więźniarką, prawniczką Marylką Rozner na czele”.

Działała także konspiracyjna, obozowa Komisja Gospodarcza, kierowana przez Marię Polkowską. Jej członkinie zajmowały się m.in. sprawiedliwym rozdziałem skromnych racji żywnościowych. Natomiast Matylda Woliniewska kierowała obozową Komisją Samopomocy. Zadaniem jej członkiń było zbieranie „darów żywnościowych” od więźniarek otrzymujących paczki. Dzięki temu wspierano osoby najbardziej potrzebujące: chore, osłabione, w podeszłym wieku. Prowadzono również inną, bardzo ważną działalność.

Matylda Woliniewska oraz m.in. Eugenia Piwińska założyły także obozową, konspiracyjną Komisję Kulturalno-Wychowawczą, która prowadziła… „radio”. Na jego spikerki wybierano więźniarki, których zadaniem było przygotowywanie „audycji” porannych i wieczornych. Podsumowywano w ten sposób życie i najważniejsze wydarzenia obozowe, ale także nie stroniono od polityki czy żartów. W ten sposób próbowano podnieść więźniarki na duchu.

Nie tylko. Jak tłumaczyła Matylda Woliniewska zadaniem owego, obozowego „radia” oraz całego, konspiracyjnego samorządu było „moralne oddziaływanie na ogół więźniarek”.

„Charakterystycznym jest, że audycje poranne zwykle kończyły się zawołaniem: Pamiętajmy, że jutro będzie lepiej! Zaś audycje wieczorne zawołaniem: Pamiętajmy, że każdy dzień zbliża nas do wolności!” - wspominała Matylda Woliniewska. „Z reguły w każdą niedzielę urządzałyśmy koncerty zwane również „podwieczorkami przy mikrofonie”. Polegały one na występach więźniarek w postaci skeczy, piosenek i wierszy obozowych, układanych przez więźniarki Zofię Karpińską-Bieńkowską i Elizę Popowską (…). W koncertach tych, oprócz „Pawiaczek” uczestniczyły także więźniarki innych bloków, co przyczyniło się do scementowania jedności i zażyłości więźniarek”.

Bez wątpienia taka działalność pomogła przetrwać wielu osobom. - Takie działania naprawdę trudno przecenić – podkreśla Agnieszka Kowalczyk-Nowak.

Matylda Woliniewska w kwietniu 1944 r. została wywieziona do KL Ravensbrück następnie trafiła do obozu w Buchenwaldzie. Do Polski powróciła w 1945 r. Mieszkała w Krakowie, gdzie pracowała m.in. jako instruktor oświaty sanitarnej. Zmarła w 2008 roku. Państwowe Muzeum na Majdanku zorganizowało 24 listopada spotkanie online w ramach „Zaduszek Majdankowskich” w całości poświęcone tej wybitnej postaci. Relacja z tego wydarzenia nadal dostępna jest w Internecie.

Procesy

Obóz na Majdanku zlikwidowano 22 lipca 1944 r. Po wojnie niemieckim oprawcom wytaczano liczne procesy. Jednak esesmanki – strażniczki odbywały najczęściej kilku lub najwyżej kilkunastoletnie kary więzienia (zwykle brakowało bezpośrednich dowodów ich zbrodni). Ehrich spotkał jednak inny los. Została stracona w lubelskim więzieniu. Stało się to 26 października 1948 roku.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Nigdy nie patrzyliśmy tak daleko - teleskop Jamesa Webba

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie