Świat stanął na głowie, więc śmierć interweniowała u Boga. Niesamowite opowieści nie tylko o szczebrzeszyńskim cmentarzu żydowskim

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
Ceremonia zaślubin odbyła się na szczebrzeszyńskim kirkucie (widać go na zdjęciu). Dlaczego tam? „Chodziło o to, żeby śmierć to zobaczyła i interweniowała u Boga" - wyjaśnia Bibel.
Ceremonia zaślubin odbyła się na szczebrzeszyńskim kirkucie (widać go na zdjęciu). Dlaczego tam? „Chodziło o to, żeby śmierć to zobaczyła i interweniowała u Boga" - wyjaśnia Bibel. Bogdan Nowak
Udostępnij:
Legendy o duchach, tajemniczych lochach prowadzących aż do Jerozolimy czy ogromnym Golemie śpiącym na strychu starej synagogi były powtarzane przez kolejne pokolenia mieszkańców Szczebrzeszyna. Grozę budził także „rosnący nagrobek”. A ślubowi, który miał odbyć się na miejscowym kirkucie dziwiła się podobno nawet Kostucha, która w tej sprawie interweniowała u samego Boga.

Po raz pierwszy nazwa Szczebrzeszyn pojawiła się w źródłach już w 1352 r. Nic dziwnego, że w tak szacownym, wielokulturowym i ważnym na Zamojszczyźnie mieście istnieje mnóstwo legend i niesamowitych opowieści. Niektóre są bardzo stare, inne mają współczesny rodowód.

Od ponad 20 lat mówi się np., że coś manifestuje swoją obecność w remizie Państwowej Straży Pożarnej w Szczebrzeszynie.

Zwyczajnie, żeby kogoś przestraszyć

Jest to ponoć duch kobiety, która pewnej zimy zamarzła w miejscu, gdzie dziś stoi strażnica. Od czasu do czasu słychać podobno jakieś tajemnicze kroki, same otwierają się drzwi, a jeden ze strażaków słyszał podobno także tajemnicze, nieziemskie gwizdy. Ponad 300 metrów od budynku straży pożarnej stoi pewien dom, w którym ponoć również dzieją się niezwykłe rzeczy. Miejscowi zarzekają się, że widzieli tam niejedno. Bo jakaś „tajemnicza furia” wybija tam czasami szyby, tłucze w ściany, rozbija dachówki.

Według jednej z miejscowych opowieści, jeszcze podczas I wojny światowej zastrzelono w tym miejscu kilka osób. Zmarli nie zaznali spokoju (być może mieli jakieś ważne, niezałatwione sprawy). Dopiero ich dusze uciszyły się, gdy obok postawiono – jak tłumaczy jeden z okolicznych mieszkańców „świętą figurę”. Podobno coś straszyło także w budynku dawnej szkoły w pobliskich Brodach.

A to tylko część tajemniczych opowieści z których zasłynął Szczebrzeszyn. Część z nich barwnie spisał Philip Bibel. Urodził się on w Szczebrzeszynie w 1909 r. (zmarł w 2006 r.). Jego dzieciństwo przypadło na czas I wojny światowej oraz pierwsze lata po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W 1926 r. wyjechał wraz z rodziną do USA. O rodzinnym miasteczku nigdy nie zapomniał. Opisał je z wielkim sentymentem w książce pt. „Szebreszin” (to żydowska nazwa Szczebrzeszyna).

Publikacja została wydana i przetłumaczona przez Tomasza Pańczyka. Dowiadujemy się z niej, iż w przedwojennym Szczebrzeszynie wiara w zabobony i obecność duchów była niezwykle silna. Nie bez powodu. Zjawy i upiory wychodziły tam podobno w nocy, aby np. odwiedzić miejscową synagogę, lub zwyczajnie, żeby kogo przestraszyć. Dlatego nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuściłby się o zmroku na drogę prowadzą na kirkut, cmentarz rzymskokatolicki czy w okolice ruin zamku na wzgórzu.

Przebłagalna ofiara

Nie tylko duchy niepokoiły mieszkańców. Według jednej z legend na szczebrzeszyńskim kirkucie stał duży, granitowy nagrobek, który ponoć z roku na rok - nie wiadomo dlaczego: stawał się coraz wyższy. Za miastem znajdowały się natomiast tajemnicze jaskinie i jary. Był także podobno tunel, którym można było dojść do Jerozolimy. W tych miejscach również grasowały pozaziemskie istoty.

Na strychu miejscowej synagogi spał natomiast Golem (olbrzym z gliny). Obudzić go mogło jedynie zaklęcie: cytat z księgi Zohar. Rabini, owszem, wiedzieli, jak wyrwać potwora ze snu, ale tego nie zrobili. Cóż, w Szczebrzeszynie żyło się podobno wystarczająco ciężko i bez Golema…

Wiara w duchy i zabobony wzmogła się w 1917 r., gdy Szczebrzeszyn nawiedziła epidemia tyfusu. Choroba unicestwiła wielu mieszkańców miasta. Nie pomagały modlitwy, posty, jałmużna, dobre uczynki i cięte bańki aplikowane przez felczerów. Uważano, że epidemia jest karą za grzechy. Ludzie nie wiedzieli, co robić. W końcu postanowiono ożenić wszystkie panny i kawalerów w mieście. Ceremonia zaślubin odbyła się na kirkucie. Dlaczego tam? „Chodziło o to, żeby śmierć to zobaczyła i interweniowała u Boga (bo świat stanął na głowie – przyp. red.)” - wyjaśnia Bibel.

Czy owe zaślubiny pomogły, trudno powiedzieć, w końcu jednak... zaraza ustąpiła. Do podobnego zdarzenia miało dojść także w Hrubieszowie. Skąd o tym wiemy? Przodkowie Janusza Korczaka (jego właściwie nazwisko to Henryk Goldszmit) pochodzili z tego starego, szacownego miasta. Byli polskimi Żydami. W rodzinie Korczaka zachowała się niezwykła opowieść o początkach rodu. Gdy w XVIII w. do miasta przyszła zaraza (prawdopodobnie czarna ospa), Żydzi postanowili ją przebłagać.

„O dalszych moich przodkach wiem tylko tyle, że były to bezdomne sieroty, poślubione sobie na cmentarzu żydowskim, jako ofiara przebłagania w okresie szerzącej się w miasteczku zarazy” — pisał Janusz Korczak w 1941 r.

Nowożeńcy dostali podobno pieniądze oraz inne niezbędne na nowej drodze życia rzeczy. Tak rozpoczęli nowe życie. Janusz Korczak podobno bardzo lubił tę niezwykłą opowieść o swoich przodkach – biedakach.

Obecna sytuacja w Kazachstanie - komentuje ks. Piotr Pytlowany

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie