Mogiła Bohdana Chmielnickiego pod Zamościem? Zbliża się jedna z najważniejszych rocznic w historii miasta

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
Kozacy piszą list do sułtana. Obraz pędzla Ilji Riepina. Obecnie znajduje się w muzeum w Sankt Petersburgu
Kozacy piszą list do sułtana. Obraz pędzla Ilji Riepina. Obecnie znajduje się w muzeum w Sankt Petersburgu archiwum
W 1648 r. sytuacja Rzeczypospolitej była wyjątkowo trudna. We wrześniu polska armia, złożona z zaciągów wojewódzkich i prywatnych pocztów, poniosła druzgocącą klęskę w bitwie z kozackimi wojskami zbuntowanego Bohdana Chmielnickiego pod Piławcami. Nie uległa w boju. Polacy panicznie uciekli na samą wieść o pojawieniu się u boku sił kozackich głównej tatarskiej ordy. Wojska Chmielnickiego zatrzymały się dopiero na potężnych murach Zamościa.

- Znaczenie tego co się wówczas stało trudno przecenić. To było bez wątpienia jedno z najważniejszych wydarzeń w historii miasta, chrzest bojowy twierdzy, który okazał się udany – mówi dr Jarosław Pałka, historyk wojskowości z warszawskiego Domu Spotkań z Historią. - Całe powstanie Kozaków Zaporoskich i po prostu ruskiego chłopstwa pod wodzą Bohdana Chmielnickiego było zresztą wydarzeniem bardzo istotnym, może wręcz przełomowym w dziejach Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Gdy naczelny wódz opuścił Zamość

Pożoga wojenna szybko ogarnęła całe Zadnieprze oraz większość województw czernihowskiego, kijowskiego i bracławskiego. Szlak wojsk kozacko-tatarskich w 1648 r. znaczyły trupy pomordowanych ludzi, zgliszcza miast, wsi i przysiółków. W końcu buntownicy dotarli pod Lwów, który musiał zapłacić im sowity okup. W październiku 1648 r. potężna kozacko-tatarska armia ruszyła dalej na zachód. Na drodze w głąb Polski stanęła jej jednak ostatnia zapora: potężnie ufortyfikowany Zamość, jedna z najpotężniejszych twierdz ówczesnej Rzeczpospolitej.

Wojska Chmielnickiego zostały w tym czasie mocno uszczuplone. Pod Lwowem opuściły je liczne oddziały tatarskie pod wodzą kałgi Krym Gereja. Były one „objuczone jasyrem” - jeńcami z Rzeczypospolitej. Skośnoocy najeźdźcy ruszyli ze swoimi nowymi, licznymi niewolnikami na Krym. Mieszkańcy południowo-wschodniej części Rzeczpospolitej chcieli uniknąć takiego losu. Uciekali na zachód, w tym do Zamościa. Po bitwie pod Piławcami w tym mieście schronił się sam Jeremi Wiśniowiecki, opiewany przez Henryka Sienkiewicza wódz i bożyszcze szlachty.

Nie bez powodu znalazł się w Zamościu. Jego żoną była Gryzelda, siostra Jana „Sobiepana” Zamoyskiego, ówczesnego ordynata i właściciela Hetmańskiego Grodu. Wiśniowiecki początkowo objął dowództwo wojskowe w Zamościu. 27 października wyjechał jednak na elekcję do Warszawy.

„Naczelny wódz opuścił Zamość nie przygotowawszy go należycie do obrony: nie postarał się o dostateczne zaopatrzenie w żywność, nie wyprowadził nieprzydatnej w takim rodzaju działań jazdy oraz nie ewakuował zbędnej ludności cywilnej, co przy skąpym zaopatrzeniu miasta w żywność spowodowało w konsekwencji podczas oblężenia głód i wybuch epidemii” - zauważył historyk Adam Andrzej Witusik, w jednej ze swoich książek.

Dowództwo po Wiśniowieckim objął Ludwik Weyher, kasztelan elbląski, który przyjechał do Zamościa 10 października. Do stałej załogi miasta (liczyła wówczas ok. 2200 żołnierzy), dołączyło 200 rajtarów i ok. 1200 piechurów. Jednak ludzi w mieście było znacznie więcej. Miasto było przepełnione do granic możliwości.

„Nie tylko w domach po trzechset i więcej, ale po ulicach, pod murami, pod płotami na dachach, pod dachami pełno było ludu” – zanotował jeden ze świadków tamtych wydarzeń.

Fortyfikacje Zamościa były wówczas w dobrym stanie. Obrońcy ponadto porządnie zatarasowali m.in. kamieniami i ziemią forteczne bramy i furty. Co ważne, do walki stawili się również zgromadzeni w mieście uchodźcy z okolicznych majątków, a także z ogarniętego wojenną pożogą Wołynia i Podola, wielu mieszczan, a nawet studenci zamojskiej Akademii.

W sumie załoga fortecy składała się z ok. 4500 osób. Obrońcy dysponowali m.in. 65 działami i moździerzami. Ich przeciwnicy byli jednak wielokrotnie potężniejsi.

Dym dopalających się przedmieść

Po marszu spod Lwowa oddziały Chmielnickiego dotarły do Tomaszowa. Część mieszkańców miasta schroniła się w okolicznych lasach. Ich obawy okazały się słuszne. Tatarzy dowodzeni przez Tuhaj-beja spalili wiele zabudowań (140 domów) i zniszczyli miejskie umocnienia obronne. Zrabowali też dobytek mieszkańców. Sam Chmielnicki podobno przebywał w Tomaszowie dwa dni. Odbywał tam narady wojenne i przyjmował posłów. Potem ruszył dalej. Główny obóz założył w okolicy miejscowości Łabunie, kilka kilometrów od Zamościa.

6 listopada z murów zamojskiej twierdzy ujrzano pierwsze wrogie oddziały. Poprzedzały je dymy i łuny pożarów. Płonęły okoliczne wioski, a potem przedmieścia. Obrońcy patrzyli na to ludzkie mrowie z trwogą.

„Przyszedł Chmielnicki z Tuhaj-bejem zrazu z kilkunastoma tysiącami komunika (była to tylko jazda, bez wozu, taboru i armat - dop. autor) pod Zamość i stanął w Łabuńkach zaraz za przedmieściem zamojskim — pisał m.in. Jerzy Szornel, zamojski podskarbi. „Którego też dnia i my przedmieścia wszystkie dopaliliśmy (aby oczyścić przedpole twierdzy – przyp. red), począwszy na trzy dni przedtem palić”.

Pierwsze przybyły pod Zamość oddziały jazdy, a następnie długie szeregi piechoty kozackiej, chłopskich powstańców oraz działa. W sumie pod Zamość ściągnęła armia składająca się z kilkudziesięciu tysięcy groźnych, uzbrojonych wojowników. Niektóre źródła podają, że było ich nawet 100 tysięcy! Skutki najazdu szybko odczuły zamojskie przedmieścia.

„Nazajutrz, 7 listopada ogarnęła horda wszystkie pola wokół Zamościa. Jej łupem padły liczne stada koni i bydła, których nie wprowadzono do miasta” – pisał Witusik. „Wojska kozacko-tatarskie wykorzystując dym dopalających się przedmieść, zajmowały pozycję w pobliżu murów twierdzy, a puszkarze zamojscy ostrzeliwali przeciwnika z dział”.

Dowództwo twierdzy zdecydowało wówczas o przeprowadzeniu tzw. wycieczki, czyli wypadu do Janowic, na zamojskich przedmieściach, przy ówczesnym trakcie lubelskim. Tam zabudowania jeszcze ocalały. Wśród nich stał nadal drewniany kościółek p.w. św. Katarzyny. W tych budynkach zziębnięci Kozacy szukali schronienia przed listopadowym chłodem. Brawurowy atak się powiódł. Adam Andrzej Witusik zanotował, iż nieprzyjaciela na jakiś czas odpędzono, a wieś została przez obrońców Zamościa spalona.

Według Stanisława Herbsta i Jana Zachwatowicza, innych znakomitych badaczy dziejów Zamościa, spłonął wówczas także miejscowy kościółek.

Głód, choroby i dębowe drabiny

Bohdan Chmielnicki zdawał sobie sprawę ze swojej przewagi. W mieście były tłumy ludzi, a żywności dla nich niewiele. Próbował rokowań, domagał się okupu. Obrońcy się na to nie zgodzili. Swoje racje przedstawiali za pomocą korespondencji.
„Skarbów tu niczyich u nas nie masz, z których by Tatarom zapłata należała się” - pisali 7 listopada obrońcy miasta w odpowiedzi na pismo Bohdana Chmielnickiego.

„Mówicie, dla Tatarów nie macie żadnych skarbów. Dobrze oni sobie nagradzają i głowami waszymi, jako żonami, tak i dziatkami” - ripostował Chmielnicki.

W innym liście pisał do zamościan w trochę łagodniejszym tonie: „Życzymy tego, abyście WMście wojny z nami nie chcieli i dobrą wolą, jak lwowianie, zgodzili się (na okup), a my WMściom ślubujemy, że zaraz ze wszystkimi wojskami i ordami od miasta odstąpimy i włos z głowy Wmściom nie spadnie”.

Rokowania spełzły na niczym. Najeźdźcy „ogarnęli” pola wokół Zamościa (ich łupem padły liczne stada bydła i koni) oraz rozpoczęli budowę umocnień. Przekopali też jedną z grobli i spuścili wodę ze stawu od południa twierdzy. Ułatwiło im to dostęp do fortecznych murów. Rozpoczął się ostrzał Zamościa.

To był dopiero początek. Chmielnicki zarządził szturm. W nocy z 9 na 10 listopada wojska kozacko-tatarskie ruszyły na forteczne mury od strony Przedmieścia Janowskiego. Nic nie wskórały, bo „ich z armaty odparto”. Nie powiódł się także atak, który zaplanowano następnej nocy. To ostudziło zapał Chmielnickiego. Zmienił taktykę. Rozpoczęła się blokada twierdzy (pomimo protestów rozjuszonych Kozaków pod wodzą niejakiego Czarnoty). Pustoszono także województwo lubelskie, a zagony kozacko-tatarskie docierały aż w okolice Kazimierza Dolnego, Sandomierza i Lublina.

To wszystko zaczęło przynosić efekty. W oblężonym Zamościu szybko zaczął panować głód, rozprzestrzeniały się choroby. Morale obrońców nadwątliły również kozackie posiłki pod wodzą krwawego wodza Krzywonosa (widziano nowe oddziały z murów) oraz obliczone na wielką skalę przygotowania do szturmu. Kozacy wykonali „srogie” dębowe drabiny, po których chcieli wdrapać się na mury.

Załoga twierdzy nie mogła liczyć na odsiecz pomimo listów z prośbami o nią, słanych do Wiśniowieckiego. Jednak Chmielnicki także miał kłopoty. Jego armia nie była przygotowana do długiego zimowego oblężenia. Zaczęły jej doskwierać listopadowe chłody.
W tej sytuacji doszło do kolejnych rokowań. Rozpoczęły się one 11 listopada, jak odnotowano o godz. 2 po południu. Potem delegacja zamościan - w jej skład weszli m.in. Jerzy Morochowski i Aleksander Gruszecki - wybrała się do wrogiego obozu.

Chmielnicki pokazał przygotowania do szturmu, co zrobiło na posłach wrażenie. Następnie wymieniono się listami 13 i 15 listopada. Efekt? Chmielnicki zadowolił się okupem.

Tajemnicza mogiła nad rzeką Wieprzec

„Za lekkimi bardzo kondycjami stanęło tedy, że 20 000 zł pozwolono dać Chmielnickiemu, żeby od miasta odstąpił, nie palił, ani pustoszył, więźniów wypuścił” - pisał z wyraźną ulgą podskarbi Jerzy Szornel.

Na okup złożyli się wszyscy obrońcy. Szlachta i duchowieństwo ofiarowali 6600 zł, mieszczanie zamojscy - 5500 zł, Żydzi - 3000 zł, a Ormianie - 359 zł. Po zapłaceniu okupu Chmielnicki uwolnił 20 szlachcianek więzionych przez Kozaków. 23 listopada wrogie wojska odstąpiły od miasta. Chmielnicki zarządził odwrót swojej armii w kierunku Ukrainy. Najwyższy był już czas. Bo obrońcy źle znosili trudy oblężenia.

„Ludzie pochorzeli, trupa wszędzie pełno, niedostatek piwa, chleba i inszej żywności, konie i dobytek od niedostatku pozdychały, pełne ich ulice i rynki, za czym smród wielki i nieznośny” - pisał Jakub Śmiarkowski, świadek tamtych wydarzeń.

W wyniku ostrzału uszkodzone zostały pałac rodziny Zamoyskich, kościół Franciszkanów, kolegiata i część kamienic. Straty atakujących także były olbrzymie. Według relacji niejakiego Kunakowa, posła carskiego, podczas oblężenia Zamościa mogło zginąć nawet 3 tys. Kozaków i Tatarów, ale niektóre źródła mówią nawet o 35 tysiącach.

Twierdza nie została przez wojska Chmielnickiego zdobyty. Obrońcy oraz miejskie fortyfikacje zdały swój pierwszy wojenny egzamin.

Pamięć o tamtych wydarzeniach nigdy w Zamościu nie wygasła. Po oblężeniu powstała także dziwna legenda o mogile Bohdana Chmielnickiego, który miał podobno zostać pogrzebany… w okolicach Zamościa. Pisał o tym w 1834 roku archiwista Mikołaj Stworzyński, w swoim „Opisaniu statystyczno-historycznym dóbr Ordynacyi Zamoyskiej” Według niego ów legendarny, kozacki hetman miał zostać pochowany w miejscowości Chyża (gm. Zamość).

„Pod Janowicami, gdzie rzeka Wieprzec od Zamościa płynie (…) znajduje się Mogiła dość znaczna” – notował Stworzyński w jednym z „przypisków” do swojego dzieła. „Ta jest grobem sławnego Chmielnickiego, pod Zamościem zmarłego – któremu tę mogiłę usypali ludzie jego woyskowi, tym sposobem, iż tysiąc oznaczonych było do znoszenia na ten pomnik ziemi. Pogrzeb jego odprawili xx (księża) Bazylianie Zamoyscy – był i krzyż kamienny na tey mogile, ale go czas zniszczył”.

Na pochówek Chmielnickiego miało zostać wybrane miejsce, gdzie podczas oblężenia Zamościa stał jego namiot. Trudno powiedzieć w jakich okolicznościach powstała ta legenda. Wiadomo przecież, że Bohdan Chmielnicki zmarł 6 sierpnia w Czehryniu, a został pochowany w cerkwi pw. św. Eliasza w Subotowie na Ukrainie. Być może jednak w owej tajemniczej mogile został pochowany jakiś pomniejszy ataman kozacki.

Kamień milowy czy tatarski pomnik?

Były też inne „pamiątki”. Przez dziesiątki lat można było oglądać w Zamościu cmentarz tatarski, który miał być pozostałością po oblężeniu twierdzy. Można go było zobaczyć przy trakcie wiodącym z Zamościa w stronę Hrubieszowa. Jak wynika z planu miasta z 1777 r. ta niewielka nekropolia miała powierzchnię 13,5 na 21,6 m. Tatarów pochowano tam w zbiorowych mogiłach. Z tego cmentarza nic dzisiaj nie pozostało. Został on zlikwidowany w 1957 r. Teraz stoi tam blok przy ulicy Wyszyńskiego 30.

Z Tatarami dowodzonymi przez Chmielnickiego wiązano także dziwny zabytek, który nadal można oglądać przy ul. Lwowskiej w Zamościu. Jedni uznali go za dawny kamień milowy, którym kiedyś wyznaczono granicę miasta, inni uważają za „piramidon” – jeden ze zdemontowanych w XIX wieku elementów zamojskiej kolegiaty. Są również tacy, którzy twierdzą, iż jest to stary pomnik tatarski z czasów oblężenia Zamościa w 1648 r.

Na owym niskim, charakterystycznym obelisku nie zachowały się żadne inskrypcje czy znaki, które pomogłyby zagadkę wyjaśnić.

Jesienna turystyka w Polsce

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie